szczegóły

start
aktualności
członkowie i sympatycy
historie
forum
kontakt

opublikowano: 06-05-2017

Podróż do korzeni


Cała moja rodzina w początkach sierpnia 1945 roku opuściła swoje rodzinne strony tj Podhajce (woj. tarnopolskie)i wyjechała do Polski. 65 lat później spełniło się moje pragnienie, pojechałam do Podhajec. 28 maja 2010 roku z Wrocławia wyruszyły w stronę granicy z Ukrainą trzy autokary. Jechali w nich dawni mieszkańcy Podhajec i okolic ale także ich dzieci a nawet wnuki. Podróż była długa i trochę męcząca. Przeprawa przez granicę trwała 5 godzin.. Drogi bardzo kiepskie to wznosiły się to znowu opadały. Zielone wzgórza porośnięte trawą, rzadziej roślinami uprawnymi. Domostwa skromne z ogródkami warzywnymi, przy bramkach winorośl. Wreszcie Rohatyn a potem znane mi z opowiadań rodzinnych Brzeżany, Murzyłów i w końcu napis Pidhajci (Podhajce). Dochodziła godzina 13 29 maja kiedy wysiadłam z autokaru na placu przed kościołem a właściwie jego ruinami. Stanęły mi łzy w oczach. Dojechałam.

Potem zakwaterowanie u ludzi. Trafiłyśmy z moją kuzynką (nasi dziadkowie to bracia) bardzo dobrze. Wira i Józef okazali się bardzo życzliwymi, gościnnymi ludźmi. Zaraz po posiłku rozpoczęłam poszukiwania Kazimierzówki niewielkiej wsi pod Podhajcami, w której mieszkali moi dziadkowie, rodzice. Gospodarze dokładnie nie wiedzieli gdzie ta Kazimierzówka ale wiedzieli gdzie góra Wawrowa. Podwieźli nas tam. Okolica piękna choć wygląda dziko, trawa po pas, czasem trafia się jeszcze bardzo stare drzewo, pewnie pamięta moją mamę, która często chodziła na spacer na Wawrową. Po dwóch dniach wróciłam tu jeszcze raz. Podczas niedzielnej mszy przed kościołem spotkałam pana Michała, który mieszka w Podhajcach ale przed wojną mieszkał w Kazimierzówce. Miał nadzieję, że może ktoś z dawnych mieszkańców Kazimierzówki przyjechał. Przedstawiłam się jako córka Jana Siekierki i Zofii z Borysów. Pamiętał nie tylko moich rodziców ale także dziadków zarówno Siekierków jak i Borysów. Razem pojechaliśmy na Kazimierzówkę. Obeszliśmy ją całą. Pokazywał mi gdzie stały domy. Nie ma po nich nawet śladu. Jedynie tam gdzie był dom rodziców mojego taty rośnie kilka bardzo starych drzew owocowych (czereśnia, jabłoń, grusza i chyba dwie śliwy). Sadził je dziadzio Mikołaj. Robiło się już ciemno kiedy zrobiłam ostatnie zdjęcie właśnie tych drzew, zerwałam kilka polnych kwiatków z miejsca gdzie była kiedyś Borysówka i z trudem nabrałam troszkę ziemi. Potem byłam jeszcze na stacji kolejowej Kozowa. To właśnie stąd odjeżdżały transporty do Polski. Na wagony czekali dwa tygodnie pod gołym niebem a potem trasą karpacką przez Grybów, Chabówkę jechali na tzw ziemie odzyskane.

Podhajce dzisiaj liczą ok. 3,5 tys. mieszkańców. To biedne i bardzo zaniedbane miasteczko. Czasy świetności ma chyba za sobą. Zabudowa raczej parterowa, jedynie domy pozostałe z przed wojny mają piętro a nawet dwa. Jest stara cerkiew prawosławna i dwie greko-katolickie a także zrujnowana synagoga i żydowski cmentarz. Dla mnie najważniejszy był jednak kościół Św. Trójcy. Kiedyś był wspaniałym, dużym kościołem z siedmioma ołtarzami. Dzisiaj są tylko mury, bez dachu ale to na jego odbudowę zbieram od kilku lat pieniądze. To tutaj był chrzczony mój tata i mój brat, rodzice brali ślub także pradziadkowie. Ten kościół to także kawałek historii Polski. W nim w 1667 roku ówczesny hetman Jan Sobieski podpisywał pokój z Tatarami bo przecież Podhajce były na szlaku wojen z Tatarami, Turkami. Bardzo chciałam uklęknąć na progu tego kościoła. Moje pragnienie się spełniło.


Byłam jeszcze w Buczaczu. Remontuje się tam ratusz i kościół. Wszystko to polskie ślady. Rośnie jeszcze lipa pod którą podpisywano pokój buczacki. Liczy ok. 400 lat i tak wygląda. Podobno dotknięcie jej daje szczęście. Potem była Trembowla z ruinami zamku i wreszcie Tarnopol. Bardzo zniszczony w czasie II wojny światowej, został odbudowany. Ładna, zadbana starówka, zieleńce z fontannami, most przez Seret ale i nowe osiedla. Tarnopol liczy 220 tys. mieszkańców. Wracając do domu wstąpiliśmy na chwilę do Lwowa na cmentarz Łyczakowski i Orląt Lwowskich. Oba piękne choć każdy inny.


Potem już prosto do domu choć trwało to jeszcze kilkanaście godzin.



Szczecin, czerwiec 2010 Elżbieta Czałczyńska

 © TMZP 2011-2017