szczegóły

start
aktualności
członkowie i sympatycy
historie
forum
kontakt

opublikowano: 06-05-2017

Podhajce po raz czwarty


W ciągu ostatnich pięciu lat pojechałam cztery razy do Podhajec ale przy okazji odwiedziłam i inne miejscowości na Kresach południowo- wschodnich. Poznawałam życzliwych ludzi, z którymi wspominałam dawne czasy a także rozmawiałam o aktualnej, trudnej sytuacji na Ukrainie. Wyjazd tegoroczny stał pod dużym znakiem zapytania. - przecież na Ukrainie wojna - ale organizator naszych wyjazdów nie widział innej opcji. Jedziemy. Pojechało nas jednak mało tylko 13 osób - dwa busy. Trasa podobna jak poprzednio. Wyjazd z Wrocławia 20 czerwca 2014. Granicę przekraczamy w Korczowej. Tym razem problem zaczął się z naszymi celnikami bo wieźliśmy obraz - dar dla odbudowanego kościoła w Kuropatnikach. Dokumenty obrazu były ale to zabytek i celnicy dwie godziny głowili się co z nim zrobić. Wreszcie machnęli ręką i można jechać. Ukraińcy nie robili tym razem żadnych problemów i szybko znaleźliśmy się po drugiej stronie granicy. Po przejechaniu ok. 1 km zostaliśmy zatrzymani przez grupę młodych Ukraińców, którzy tarasowali szosę i informowali, że strajkują bo nikt im nie pomaga. Byli niestety pod wpływem alkoholu i sytuacja nie wyglądała dobrze. Prócz naszych busów stały tiry. Była druga w nocy . Nasz kierowca huknął na młodych ludzi, że my właśnie z pomocą. Puścili nas. To był jedyny nieprzyjemny incydent w tej naszej wyprawie.

Droga była jak zwykle męcząca, objazdy, jechaliśmy powoli. Świtało kiedy mijaliśmy Rohatyn. Potem znane Brzeżany i o ósmej rano budziłam Wirę w Podhajcach. Miałam przyjechać dopiero po południu, no ale program został zmieniony ze względu na naszą małą grupę. Odpoczywam po podróży a potem odwiedzam znajomych tych żyjących i tych na cmentarzu. Pan Michał, który pamiętał moich dziadków, rodziców, który oprowadzał mnie po Kazimierzówce zmarł w lutym tego roku. A to z Nim rozmawiałam po polsku o minionych czasach. Oksana płacze bo przecież stanowili dwie połówki tego samego jabłka. Zawsze razem przy pracy, do kościoła, do znajomych. Zapalam znicze. Potem spacer po Podhajcach. Drewniana cerkiew Przemienienia Pańskiego z 1772 roku odnowiona. Odpoczywam z Wirą na ławeczce przy cerkwi. Kopuły cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy z 1650 roku też odnowione, lśnią nowym blaskiem. Wszystkie kamieniczki w rynku mają nowe, kolorowe elewacje. Jest czyściej i wybudowano nawet fontannę . Woda szemrze i jest przyjemniej. Tylko kościół Świętej Trójcy popada w większą ruinę. Wielka szkoda bo to przecież kawałek naszej historii - właśnie w kościele nastąpiło podpisanie w 1667 roku pokoju przez wówczas jeszcze hetmana Sobieskiego po bitwie z Tatarami. Pod Podhajcami rozegrała się jeszcze druga bitwa. Było to w roku 1698 a dowodził hetman Feliks Potocki. Bitwa była zwycięska i ostatnia z Tatarami.

Następnego dnia jak zwykle msza odpustowa bo to święto Świętej Trójcy, która patronuje kościołowi w Podhajcach. Tym razem msza w małej kaplicy zrujnowanego kościoła, odbudowanej dzięki naszym ofiarom. Poprosiłam księdza by także modlił się w intencji Marii i Jej całej rodziny (o zdrowie i błogosławieństwo). Maria to moja Ciocia, dawna mieszkanka Kazimierzówki, w tym kościele była chrzczona. Wzruszyłam się kiedy ksiądz w obecności duchownych greckokatolickich i prawosławnych zapowiedział po polsku moją intencję. Modliliśmy się też o pokój na świecie a przede wszystkim na Ukrainie. Msza była odprawiana częściowo po polsku częściowo po ukraińsku. Tak było zresztą za każdym razem.

W poniedziałek pojechaliśmy na całodniową wycieczkę z przewodnikiem Panem Leonem, Polakiem ze Stanisławowa. Najpierw krótka wizyta w Zarwanicy - to greckokatolickie sanktuarium z cudami słynącym obrazem Matki Boskiej. Jest rano kopuły cerkiewne lśnią złotem a Matka Boska Zarwanicka przypomina naszą Jasnogórską Czarną Madonnę. Po modlitwie jedziemy dalej, do Trembowli. Dokoła zielono, na łąkach pasą się krowy a przy rzekach dużo gęsi.

Trembowla. Tu zawsze był gród ruski. Ale od 1366 roku znajdowała się w granicach Polski. Za rządów Kazimierza Wielkiego zbudowano tu zamek bo częste były napaści tureckie, tatarskie. Trembowla po rozbiorach znalazła się w zaborze austriackim. Do Polski wróciła po odzyskaniu niepodległości. Byłam tu już poprzednio ale teraz odwiedzamy kościół pod wezwaniem św św. Piotra i Pawła. Kościół zbudowany w 1927 roku na podobieństwo Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Uwagę zwraca kolumnada. W czasach ZSRR urządzono tu kino ale może dzięki temu kościół w ogóle przetrwał. Obecnie trwa odbudowa. Prowadzi ją katolicki polski ksiądz. Chętnie pokazuje czego już dokonał. Nawa główna już gotowa, nawet piękne żyrandole. Ołtarz przygotowany do montażu. Kolumny, baldachim tak jak ołtarz w Bazylice. Odbudowa prowadzona jest wyłącznie dzięki ofiarom wiernych z Ukrainy i Polski. Następnie wspinamy się na górę zamkową. Ruiny zamku, który kiedyś bronił. Niewiele z niego zostało ale grubość murów świadczy o dawnej potędze. Zamek wsławił się bohaterską obroną w 1675 roku. Oblegany był przez Turków. Załoga zamku skłonna była się poddać ale wówczas żona komendanta Anna Dorota Chrzanowska swoją odwagą i hartem ducha natchnęła załogę do obrony. Było zwycięstwo. Po kilku latach zamek został podstępem zdobyty i zniszczony przez Tatarów. A przy jego ruinach stoi odnowiony pomnik dzielnej komendantowej. Wokół stare drzewa, zresztą widok z góry zamkowej też jest godny uwagi.

Jedziemy do Czortkowa. Droga prosta jak wytyczona linijką, chociaż trochę trzęsie. Czortków liczy ponad 30 tys. mieszkańców. Pierwsze wzmianki pisemne o mieście pochodzą z 1522 roku. Po traktacie buczackim w 1672 r. Czortków należał przez 11 lat do Turcji. Po I wojnie światowej wrócił do Polski. W chwili wybuchu II wojny światowej ok 60% ludności Czortkowa stanowili Żydzi. Niestety prawie wszyscy zostali wymordowani na miejscu lub wywiezieni do obozu w Bełżcu. Godnym uwagi dla nas Polaków jest kościół dominikański. Neogotycki wzniesiony tuż przed wybuchem I wojny światowej. Odnowiony robi wrażenie swoją wielkością. W Czortkowie są dwie drewniane cerkwie: Zaśnięcia Matki Boskiej i Wniebowstąpienia. No i jeszcze nieukończona nowa ogromna cerkiew o nietypowej architekturze. My swoje kroki kierujemy na cmentarz. Między starymi nagrobkami pamiętającymi II Rzeczpospolitą widać nowe groby ale przewodnik prowadzi nas do kwatery gdzie pochowani są żołnierze polegli w walce o Polskę w latach 1919 - 1920. Kwatera zadbana dzięki opiece miejscowych Polaków. Odmawiamy krótką modlitwę za poległych.

Wracamy do Podhajec przez Buczacz a tu rzut oka na ciągle remontujący się ratusz. Potem już tylko Monasterzyska i rzut oka na niekończący się sad - drzewa małe posadzone przy rozpiętych drutach, daleko widać budynki przechowalni. Coś pięknego ale podobno nie wiadomo czyj jest ten wspaniały ogród.

Następnego dnia żegnam Wirę, Oksanę, Podhajce. Jedziemy jeszcze do Kuropatnik, małej wsi koło Brzeżan. Jest 24 czerwca a więc Jana i tam ma się odbyć poświęcenie odbudowanego kościoła p.w. Narodzenia Św. Jana Chrzciciela. Uroczystą mszę celebruje Arcybiskup Mieczysław Mokrzycki. Modlitwy i pieśni są po polsku i po ukraińsku, podobnie jak i homilia. Tu Arcybiskup po polsku i po ukraińsku dziękuje przede wszystkim Polakom, dawnym mieszkańcom i ich dzieciom za ogromną pomoc finansową w dziele odbudowy. Kościół został pięknie odrestaurowany a trwało to 11 lat. Zaangażowani byli w to ludzie z naszego województwa - z Łobza, Węgorzyna i okolic. Cała uroczystość bardzo wzruszająca i dająca nadzieję, że i inne kościoły na Kresach zostaną odbudowane choć jest to trudne i bardzo kosztowne. Powoli kończy się moja czwarta wyprawa nie tylko do Podhajec.

Jeszcze tylko krótki spacer po Lwowie - katedra łacińska i ormiańska, rynek, opera i droga powrotna.

Dla mnie do Szczecina jest to 29 godzin. Nogi są spuchnięte ale w sercu wiele miłych wrażeń i wspomnień. Czy w przyszłym roku też pojadę?



Szczecin, czerwiec 2014 Elżbieta Czałczyńska

 © TMZP 2011-2017